24.12.2020
Zamknęła porządnie drzwi i patrzyła w okno jak Michał znika na końcu chodnika. Serce waliło jej jak oszalałe. To był on... Poczuła szumienie w uszach i łapiąc się za nie upadła na podłogę. Dyszała. To był on... Tylko tyle miała w głowie. Czuła jego perfumy. Zauważyła pasek i broń przypiętą do niego. Nosił go! Jak może...
M: Ciiii.... Ciiiii- Próbowała się uspokoić, tak jak to zawsze on robił. Zaczynało pomagać. Słuch wracał. Została na podłodze. Siedziała tak długo i płakała. Nie wiedziała, czy to widok Michała ją złamał, czy stan dziadka.... Nic nie wiedziała... Szymon! Właśnie, dlaczego jej nie przekazał tak ważnej informacji! Nie powiedział, że Michał ma jej telefon. Odblokowała go, był naładowany, ale nikt w nim nie grzebał. Zdziwiło ją to.. Myślała, że odbiorą jej resztki niezależności. Wszystkie połączenia nieodebrane miała w liczbie 67, wiadomości około 20... Dlaczego nie wiedziała nic... Wzbierała w niej złość. Jak mógł jej Szymon nie powiedzieć, może Michał kłamał jak we wszystkim. Nacisnęła zieloną słuchawkę i czekała aż odbierze.
Sz: Janicki, pojebało cię?- Usłyszała wściekłego przyjaciela.
M: To ja... Czyli to prawda... Michał ukradł ci mój telefon?
Sz: Martyna!? Skąd masz telefon?- Nie dała się zbyć.
M: Dlaczego on miał mój telefon!?
Sz: To prawda, zabrał mi go...
M: Dlaczego...?- Poczuła narastającą frustrację.
Sz: To już jego pytaj. Nie powiedział ci...- Zdenerwowała się jak on śmie mieć do niej pretensje.
M: Dlaczego mi nie powiedziałeś o dziadku Michała!? Co z tobą! - Krzyknęła i rozłączyła się. Nie mogła znieść, że kolejny mężczyzna zabiera jej prawo o decydowaniu o sobie. Była mu wdzięczna, że znalazł jej tak szybko tanie mieszkanie, że zabrał jej rzeczy od Michała, pomógł się pozbierać, ale nie miał prawa decydować za nią o dziadku. Szybko narzuciła płaszcz na siebie. Zapominając o czapce i szaliku wybiegła z mieszkania. Biegła na pobliski postój taxi.
M: Pod ten adres proszę. - Pokazała adres domu opieki na telefonie. Modliła się za dziadka Staszka w duchu. Wygrzebała z torebki identyfikator i zawiesiła na szyi. Zapłaciła za kurs i wbiegła do pokoju socjalnego. Rozebrała kurkę i wrzuciła torebkę do szafki. Wychodząc spotkała dyżurujące opiekunki. Minęła je bez słowa. Patrzyły za nią zdziwione. Gdzieś miała ich obgadywanie i przytyki. Dość miała chowania się przed wszystkimi. Teraz najważniejszy jest dziadek. Miał uchylone drzwi. Zerknęła na zegarek było po 19. Mała choinka na stoliku oświetlała pokój. Podeszła cicho do łóżka. Sędziwy mężczyzna spał z otwartymi ustami. Naprawdę bardzo źle wyglądał, dużo schudł na twarzy tak że było widać kości policzkowe. Oczy mu się zapadły. Delikatnie poprawiła poduszkę.
DS: Martynka?- Powiedział z trudem i cicho.
M: Tak, dziadku to ja... Skąd wiedziałeś?- Uśmiechała się przez łzy.
DS: Tylko ty potrafisz porządnie poprawić tę dziadowską poduszkę. Nikt sobie z nią nie radzi.
M: Oooo czyli dobrze potrafię ścielić łóżko, dziękuje. -Mężczyzna podniósł z trudem rękę. Trzęsła się bardzo. Chwyciła z nią i gładziła.
M: Dziadku... Co ty wyprawiasz? Doszły mnie słuchy, że jesteś niezdyscyplinowany i marudny jak małe dziecko.- Udała niesmak. Przysiadła na łóżku.
DS: Wiesz.. na... na starość dorośli dzie... dziecinnieją...
M: Ale, że ty... Nieładnie. Jestem wysoce rozczarowana tobą.
DS: Dzi..ś wigilia?
M: Tak, mam coś dla ciebie.- Chwilę grzebała w torbie. Wyciągnęła pudełeczko z ciastkami. Tymi samymi co piekła dla Michała. Otworzyła wieko. Zapach był nieziemski. Podniosła pilotem łóżko do pozycji siedzącej z dziadkiem. Swoją ręką pokierowała jego dłoń do pudełka.
M: To tylko ciasta, ale sama je piekłam. Michał mi opowiadał jak babcia piekła zawsze dla niego na święta ciastka i chciałam spróbować...- Zaczęła się tłumaczyć. Zbliżył dłoń z ciastkiem do ust. Za drzwiami stał osłupiały Michał, który przysłuchiwał się ich rozmowie.
DS: Są... są jak mojej Krysi..- Ugryzł malutki kęs.
DS: Krysia... chcę już do niej... Dziękuję Mar...Martynko.- łzy ciekły jej po policzkach.
M: Wesołych świąt dziadku...- Wyszeptała.
DS: Są jak Krysi... Jestem już taki zmęczony... Chcę do Kry..si..- Trzymał ciastko w rękach.
M: Nie mów tak. Masz nas. Michał cię kocha i ja też. Potrzebujemy cię... Jesteś naszą rodziną.- Mówiła łykając łzy. Dziadek Staszek dotknął ją w policzek.
DS: Nie... Nie płacz... Jestem za stary, że..żeby za mną płakać... Taka kolej rzeczy... Masz na...naprawdę dobre serce dziecko... - Michał otarł łzę i zacisnął pięści.
DS: Niczego nie żałuję... Mia.. Miałem dobre życie...Je.. Jestem zadowolony. Pozwólcie mi odejść...
M: Nie za wcześnie na takie słowa...
DS: Prze...przepraszam cię za niego... To łobuz jeden...- Podenerwował się. Martyna przysunęła się do niego.
M: Nie... Nie masz za co...
DS: Zra..zranił cię... Po..powiedział mi wszystko... Żałuje... On bardzo żałuje...- Oparł głowę na poduszkę i przymknął oczy.- Michał nie chciał tego słuchać. A jednak stał jak wryty pod salą. Dziadek od bardzo dawna wypowiedział taką ilość słów.
M: Nie szkodzi...- Próbowała jakoś wybrnąć.
DS: On... On też nie miał lekko... Ale to dobry chłopak... Za...zagubiony ale dobry... Masz dobry wpływ na niego... Z...zmieniłaś go... Nie zo...zastawiaj go teraz sa..samego- Zaczął się krztusić. Martyna delikatnie klepała go po plechach. Nie mógł tego dalej słuchać.
DS: O...Obiecaj, że że się nim zaopiekujesz... Po...pomóż mu...
M: Obiecuję. Odpocznij... Będę na oddziale. Nie pozbędziesz się mnie tak łatwo...- Zasnął nim zdążyła skończyć zdanie... Bała się tej obietnicy, ale za bardzo zależy jej na staruszku. Ocierając łzy weszła do kaplicy. Przeżegnała się i zajęła swoje ulubione miejsce. Było dosyć ciemno. Podświetlony był tylko obraz Jezusa na krzyżu. Cicho zapłakała patrząc w obraz. Dopiero po chwili zauważyła kogoś w ławce kilka rzędów przed nią. Przywołała się do porządku.
M: Przepraszam.- Powiedziała. Nie chciała nikomu przeszkadzać swoim płaczem w modlitwie i skupieniu. Obrócił się do niej. Oboje widzieli ból w swoich oczach. Poderwała się.
Mi: Zostań, ja wyjdę... - Gdy przechodził koło jej ławki zagadnęła.
M: Naprawdę z nim źle...
MI: Dziękuję, że go odwiedziłaś.
M: Nie zrobiłam tego dla ciebie...- wyrwało się jej. Kiwnął głową i wyszedł ze zbolałą miną.
M: Jak mogłaś... Przepraszam.- Przeprosiła patrząc na twarz Pana Jezusa.
M: Nie musiałam go dobijać... Wybacz mi Panie..- Podniosła się i przeżegnała przy wyjściu. Stał opierając się o ścianę z rękami założonymi. Podeszła do niego.
M: Nie chciałam... To nie miejsce ani czas na takie zachowanie.
Mi: A ja chciałem naprawdę ci podziękować... On traktuje cię jak wnuczkę.
M: Co ci się stało?- Wskazała na twarz. Łobuzersko się uśmiechnął
Mi: Przecież mówiłem, że ukradłem ci telefon. Nikt nie mówił, że było łatwo.- Teraz zrozumiała, że jego i Szymona twarz to wynik ich bójki. Szymon wyglądał gorzej, ale mówił, że to w pracy i tak czasem bywa ich robocie.
M: To było głupie...- Skarciła go.
Mi: Jak wiele rzeczy, które zrobiłem...- Zesztywniała. Może powinna dać mu powiedzieć i ona też żeby mogli się rozejść.
Mi: To co powiedziałem nie było prawdą... chciałem naprawdę cię przed nimi chronić... Musiałem być...
M: Było... Chciałeś nie mnie chronić a siebie... Bałeś się co pomyślą o tobie... Ty i taka paskudna kobieta... Wstyd nie?- Zagadnęła. Była okrutna. Słuchał z przerażaniem jak ona to wszystko widziała.
M: Wstydziłeś się mnie od początku, bo nie byłam jedną z tych idealnych twoich kobiet. Nie spełniałam wymogów. Tak naprawdę to tylko ja coś sobie uroiłam, a od początku dawałeś jasno mi do zrozumienia jakie mam miejsce w szeregu...
Mi: To nieprawda! Słyszysz?
M: Łudziłam się... Ale nie jestem dla ciebie. Zrozumiałam i dajmy już spokój... - chciała odejść, ale zastawił jej drogę. Zatrzymała się na wysokości jego klatki. Znała to ciało.. Przeszedł ją dreszcz.
Mi: Naprawdę tak mnie widzisz? Tak to wszystko widzisz? A nasza noc? Takim chujem jestem?
M: To był błąd i oboje o tym wiemy. Sama ci się wpakowałam do łóżka. Okej? Zawsze dawałeś znaki, że nie jestem dla ciebie, ale ignorowałam je... Nie czuj się już winny. - Uniosła głowę i popatrzyła mu w oczy. Nawet teraz nie zaprzeczył. Minęła go i ruszyła szybko, żeby nie rozpłakać się przy nim i nie być jeszcze bardziej żałosną. Dogonił ją i złapał.
Mi: Poczekaj... Ciągle powtarzasz, że błąd i błąd. Ale ja tak nie uważam! Od chwili kiedy przekroczyłaś próg domu mówiłem ci, że nie było innej.
M: A w mikołajki? Czekałam na ciebie... Nie wróciłeś na noc... Potem kolegom przyznałeś co robiłeś.- wywrócił oczami. Czuła, że się z niej nabija. Zaczęła się szarpać.
Mi: Przestań... Uspokój się...
M: Nie będziesz śmiać się ze mnie! Ani mówić mi co mam robić! Żaden mężczyzna mną nie będzie już pomiatać!- Wykrzyczała.
Mi: I to akurat dobrze. Daj mi coś powiedzieć a nie atakuj ciągle. - Przytrzymał ją za ramiona. Była napięta.
M: Słucham.
Mi: Ja..ja..- zamilkł i zacisnął usta. Zamknął oczy.
M: Właśnie... Nawet teraz nie zaprzeczysz ani nie powiesz o co ci chodzi... Wiesz powinnam się zorientować, że jestem tylko twoim wyrzutem sumienia, ciężarem jak przyjechaliście do mnie tej nocy co Jan mnie straszył... Ja rzuciłam się na ciebie a ty nawet mnie nie objąłeś. Nie skumałam, potem brnęłam nienauczona niczym dalej i zapętlałam się w nadziei...- Puścił ją i patrzył jak odchodzi.
Mi: Co za palant ze mnie.
Komentarze
Prześlij komentarz