39

   29.12.2020


Nalała do dwóch kubków rozgrzewającą herbatę zimową. Dotknęła gorącego kubka. Przyjemne ciepło rozeszło się po zmarzniętych palcach. Upiła łyk. Cynamon, goździki, cytryna i miód. Zawsze kojarzyły jej się z mamą. Z zimowymi wieczorami, planszówkami rozłożonymi na stole i Baśniami Andersena, które mama czytała jej przed snem. Dlaczego właśnie teraz o niej pomyślała? Lekko się uśmiechnęła. Chciała kiedyś zrobić tę herbatę dla Michała. Pić z nim pod wspólnym kocem, w ich ulubionych kubkach. Odstawiła gwałtownie kubek. Ale to wszystko było kłamstwem. Jej wyobraźnią. Jej wymysłem i pragnieniami. Nierealnymi pragnieniami. Wiedziała od początku, że to jej fantazje. Popatrzyła na dwa naczynia stojące na blacie. Wzięła je i zaniosła do stolika, przy którym siedział Szymon. Nic nie mówił tylko ją obserwował. Wiedział, że ma wiele pytań. Trawi to co zobaczyła na cmentarzu. 
M: Nic nie rozumiem... To jakiś absurd. - Powiedziała w końcu. Odstawiła kubek. Szymon zrobił to samo. Była zagubiona. 
Sz: Martyna...
M: Naprawdę!? Wiedziałam, że ma rodzinę. Wiedziałam też, że nią są ze sobą specjalnie zbyt blisko. Ale nie wiedziałam, że... oni mają pół Pomorza! I są tacy... Puści. - Mówiła szybko z odrazą o jego rodzinie. Szymon westchnął. Popatrzyła na niego z zaciętą miną. 
M: Dlaczego nic mi nie powiedział? Po co udawał!? - Zapytała głośno. Była poirytowana. Nie wiedziała dlaczego tak bardzo ją to wszystko denerwuje. Przecież to nie ma z nią nic wspólnego a jednak czuje się oszukana. 
Sz: Nie chciał... -Spojrzała na niego z niedowierzaniem.
M: Nie? Przecież on żył zupełnie inaczej... Mieszka w kawalerce, jeździ starym Audi, mówi, że nie potrzebuje dywanu, a jego rodzina przyjeżdża dwoma Lexusami na pogrzeb. To kim on właściwie jest? - Szymon wzruszył ramionami. Nie wiedział co jej powiedzieć. Nie zamierzał go bronić ani mu pomagać. Sam jest sobie winny. Od początku wiedział, że źle to się skończy. Jednak gdy patrzył na przejętą dalej nim Martynę miał ochotę go udusić. Ona pomimo wszystkiego co nawywijał dalej próbowała go zrozumieć. Nie musiała, a jednak chciała zrozumieć. 
Sz: Już ci mówiłem... Kutasem Michałem.- Wypalił.
M: Bardzo śmieszne.
Sz: Nie próbuję być śmieszny. -Martyna zacisnęła usta.
M: Ty go nie lubisz. Więc nie jesteś obiektywny. - Szymon spojrzał na nią.
Sz: Bo nie muszę.- Upił herbatę. 
M: Co to ma znaczyć?- przekrzywiła zaciekawiona głowę. 
Sz: To, że jest dupkiem, już sama wiesz. Słyszałaś go niejednokrotnie i widziałaś jego zachowanie. - Martyna otarła mokry policzek. Nawet nie zwróciła uwagi, że płakała. Miał rację. Wszystko co mówił Szymon było niestety prawdą. On znał lepiej Michała od niej. Ostrzegał ją, a ona ciągle go ignorowała. 
Sz: I nie raz zachował się jak palant.- Przytaknęła mu lekko kiwając głową. Nie miała na to argumentu. 
Sz: Też prawda. Więc nic się nie zmieniło i nie zmieni. - Szymon oparł łokcie o stół. Popatrzył na nią uważnie. Widział jak próbuje zrozumieć. Miota się. Dalej o nim myśli. Za dobre ma serce. Skrzywił się.
Sz: Tylko jego pieniądze nie mają z tym nic wspólnego. - Martyna zamilkła. Dopiero teraz do niej coś dotarło. Szymon nie zachowuje się jakby ta informacja na nim robiła jakiekolwiek wrażenie.
M: Wiedziałeś?- zapytała oskarżycielsko.
Sz: Wiedziałem, że jego rodzina jest bogata. - Podniosła na niego wzrok.
M: Od kiedy?
Sz: Od dawna.
M: I nic mi nie powiedziałeś?- Była oburzona. Wstała od stołu. 
Sz: Nie chciał, żebym mówił, a poza tym to nie moja sprawa. - Zaśmiała się gorzko.
M: Świetnie. Wszyscy coś wiedzieli.-
Sz: Nie wszyscy. Nikt w komendzie poza mną nie wiedział. Ja dowiedziałem się przypadkiem.
M: Jak?- Nie ustępowała. Czuł się jak na przesłuchaniu. 
Sz: Mieliśmy kiedyś sprawę z jakimś deweloperem. Rozpoznał go. Wtedy wyszło, kim jest jego rodzina. Michał potwierdził, ale nie chciał o tym rozmawiać. Tyle.- Martyna spuściła wzrok i opadła z powrotem na krzesło. 
M: Myślałam, że jest taki jak my. - Szymon spojrzał na nią.
Sz: Bo jest. To dalej Michał.
M: Nie jest.- upierała się.
Sz: Martyna, ma bogatych rodziców. To nie znaczy, że sam musi taki być jak oni.- Milczała. Sam nie wiedział czemu ratuje mu tyłek. 
M: Dlaczego nic mi nie powiedział? – zapytała ciszej. Szymon wzruszył ramionami.
Sz: Zapytaj jego.
M: Nie mogę. - Martyna pokręciła głową.
M: Nie wiem już, co o nim myśleć. - kontynuowała patrząc na pijącego herbatę mężczyznę. Szymon popatrzył na nią chwilę.
Sz: To nie myśl już dziś o tym. To był ciężki dzień...
M: Co? Łatwo ci powiedzieć.
Sz: Wiem.-  Dotknął jej dłoni. Popatrzyła na jego rękę. Pierwszy raz nie cofnęła się przed nim. Zdziwiony popatrzył na nią. 
Sz: Ale jedno ci powiem. Michał jest aroganckim dupkiem. Wiesz o tym doskonale. I nadal uważam, że na ciebie nie zasługuje.- Martyna spojrzała mu w oczy gdy zacisnął swoją dłoń na jej. Ta ręka była inna niż Michała. Niepewna. Szymon nie był taki pewny jak Michał. Patrzyła na niego w ciszy. 
M: Szymon...- cicho powiedziała. 
Sz: Nie wycofam tego tylko dlatego, że teraz jest mi go żal. - Uśmiechnął się lekko.
Sz: Ale nie będę też robił z niego potwora tylko dlatego, że chcę, żebyś wybrała mnie. - Martyna zmieszana zamilkła. Cofnął rękę. Szymon wstał.
Sz: To był jego dziadek. Jego ukochany dziadek. - Założył kurtkę.
Sz:  Dzisiaj został sam.- Te słowa sprawiły, że coś ścisnęło ją w środku. Miał rację. Kolejny raz. 
Sz: Muszę wracać na komendę. Poradzisz sobie? - Skinęła głową. Szymon ruszył do drzwi.
Sz: Martyna?
M: Tak?- Odwrócił się.
Sz: Masz prawo go nienawidzić, po tym wszystkim co nawywijał... Ale nie rób tego za jego rodzinę. On nie jest taki jak oni. Tego jestem pewny. - Wyszedł. Martyna została sama. Długo patrzyła na dwa kubki stojące na stole. Potem przebrała się w dresy i usiadła w fotelu z książką. Nie potrafiła się skupić. Ciągle wracały do niej słowa Szymona „Dzisiaj został sam.” 
M: Na własne życzenie!- Krzyknęła. To on jej nie chce. Bawił się nią tylko. Przygryzła paznokcie i zaraz potem wzięła telefon.
M: Może powinnam zadzwonić... Popatrzyła na jego numer. Pokręciła głową. Odłożyła telefon.
Po chwili znowu go wzięła. Wybrała numer Michała. Pierwszy sygnał. Drugi. Trzeci. Czekała. W końcu aparat poinformował ją, że abonent jest poza zasięgiem.
M: Pewnie poszedł w tango, a ty się martwisz... – mruknęła do siebie. Rzuciła telefon na łóżko. Leżał tam zaledwie kilka sekund. Sięgnęła po niego ponownie. Tym razem już nie próbowała sobie tłumaczyć, że nie ma powodu się martwić.

Komentarze